| Bez eurożargonu i tematów tabu | ||
| Rozmowa z JACKIEM SAFUTĄ, dyrektorem Biura Informacyjnego Parlamentu Europejskiego w Polsce | ||
![]() |
Jak został Pan dyrektorem Biura?
- W drodze konkursu, zleconego Europejskiemu Biuru Doboru Kadr (EPSO) przez Parlament Europejski. Najpierw były pisemne testy (można je było wypełnić po angielsku, francusku lub niemiecku), a potem egzamin ustny, poprzedzony całodniowym sprawdzianem kwalifikacji menedżerskich. Konkursy odbywały się osobno dla każdego kraju. Nie studiowałem europeistyki, mam natomiast wiedzę praktyczną, która wchodziła mi do głowy w czasie stażu w paryskiej fundacji Dziennikarze w Europie w roku akademickim 1990/91 i przez trzynaście lat pracy korespondenta PAP w Brukseli. Jako dziennikarz starałem się zawsze uprościć unijny żargon i używać określeń zrozumiałych dla ludzi. Do tej pory nie zaprzątałem sobie głowy skomplikowanymi nazwami czy strukturami. Urzędnik, który zajmuje się informacją, musi jednak wiedzieć, jakie są oficjalne nazwy poszczególnych organów czy komisji Parlamentu.
Na ile przydał się staż w paryskiej fundacji Dziennikarze w Europie?
- Pracowałem przedtem w Redakcji Zagranicznej PAP, tłumacząc depesze z angielskiego i francuskiego. Przydzielono mi EWG jako coś bardzo nudnego, skomplikowanego i bez większych perspektyw. W czasie stażu w fundacji po raz pierwszy od środka zobaczyłem wspólnotowe instytucje - Parlament Europejski, Komisję, Radę. Spotykaliśmy się z brukselskimi urzędnikami i korespondentami. Była to też dla mnie dobra szkoła dziennikarstwa. W czasie stażu napisałem reportaże do pisma "Europ" o stosunku Brytyjczyków do integracji europejskiej, o portugalskim rolnictwie, o irlandzkiej młodzieży i imigracji we Włoszech. Z Paryża wróciłem w czerwcu 1991 roku, a od września byłem już w Brukseli.
Trudne były początki pracy w charakterze korespondenta?
- Do Brukseli przyjechałem na kulminacyjne rozmowy w sprawie układu stowarzyszeniowego Polski z EWG. Byłem tam nieprzerwanie do września ubiegłego roku, czyli już po wejściu naszego kraju do Unii. Mam temperament dziennikarza agencyjnego - lubię, gdy coś dzieje, i mogę natychmiast informować o faktach, bez zbędnych komentarzy. Dlatego nerwowe momenty w czasie negocjacji członkowskich były zgodne z moim temperamentem. W czasie pamiętnego szczytu w Kopenhadze w grudniu 2002 roku, mimo dużej dramaturgii, byłem przekonany, że nasze rozmowy z UE zakończą się kompromisem.
W jaki sposób zmieniła się Wspólnota w ciągu tych trzynastu lat?
- Unia przestała być ekskluzywnym klubem dla wtajemniczonych polityków, urzędników, ekspertów, lobbystów i dziennikarzy, dyskutujących - najczęściej zresztą po francusku - o wizjach Europy w zamkniętym gronie. Duże zmiany zaszły z chwilą pojawienia się Szwedów i Finów. Wprowadzili dwie nowe rzeczy - wszyscy mówili po angielsku i byli przyzwyczajeni do kultury otwartości. Dla nich nie było tematów ani dokumentów tabu.
Polskich korespondentów traktowano chyba na początku jak egzotycznych przybyszów z "innej" Europy, szukających dziury w całym?
- Rzeczywiście, Polska na początku uważana była za "enfant terrible". Dopiero pod koniec negocjacji nasze pytania zaczęły być traktowane na poważnie. Wcześniej dominowało przekonanie, iż skoro w naszym interesie leży wejście do Unii, nie powinniśmy zbyt dociekliwie pytać o szczegóły negocjacji. Tymczasem polska prasa była na wszystko bardzo wyczulona. Zadawaliśmy trudne pytania, nawet jeśli mogły one doraźnie coś skomplikować czy opóźnić.
Jak przez te kilkanaście lat wzrosła rola Parlamentu Europejskiego?
- Wraz z rosnącym znaczeniem opinii publicznej w debacie europejskiej, rosła też rola Parlamentu. Każdy nowy traktat poszerzał jego uprawnienia. Na początku lat 90. pokutowało przekonanie, że jest to klub dyskusyjny, skupiający się na ochronie praw człowieka. Przypisywano mu rolę "sumienia Europy", krytykującego i dopingującego Komisję i Radę do pewnych działań. Parlament, w odróżnieniu od Komisji, nie wahał się np. postawić kropki nad "i" w sprawie łamania przez Rosję praw człowieka w Czeczenii. Dopiero lata 90. przyniosły ogromny wzrost znaczenia Parlamentu. Główną formą podejmowania decyzji stało się współdecydowanie, co oznacza, że bez akceptacji Parlamentu większości spraw nie da się przeforsować. Wcześniej Parlament miał głównie rolę konsultacyjną. Dziś potrafi utrącić jakąś dyrektywę. Ostatnim przykładem jest zbyt restrykcyjna dla małych firm komputerowych dyrektywa dotycząca opatentowania elementów programów komputerowych, która została odrzucona m. in. dzięki polskim posłom. Z kolei do dyrektywy Bolkensteina w sprawie swobody świadczenia usług w Parlamencie zgłoszono ok. 1600 poprawek. To pokazuje, w jakim stopniu posłowie poczuwają się do reprezentowania wyborców. Parlament, pochodzący z bezpośrednich wyborów, jest też miejscem wypracowywania kompromisów. Odegrał np. ważną rolę w 1999 roku obalaniu Komisji Jacquesa Santera, oskarżanej o brak należytej kontroli nad wydawaniem publicznych pieniędzy, a ostatnio w formowaniu obecnej Komisji Jose Manuela Barroso. Komisarze często muszą się przed posłami tłumaczyć z tego, co robią, jakie akty prawne proponują. Wszystko to sprawia, iż o ile wcześniej prace Parlamentu śledziła wąska grupa wyspecjalizowanych dziennikarzy, o tyle dziś sala prasowa pęka w szwach.
W Parlamencie wspólne stanowiska uzgadniane są w ramach partyjnych frakcji?
- Tak, ale nasi posłowie często się ze sobą porozumiewają i współpracują. Tak zachowali się w sprawie Ukrainy, zwracając uwagę Parlamentu i Komisji, że polityka wschodnia UE to bardzo ważna kwestia. Posłowie są naszymi reprezentantami, przekazując polski punkt widzenia na pewne zaszłości historyczne. Odkłamują historię, przypominając np., co zdarzyło się 17 września 1939 roku czy w sierpniu 1980 roku. To pokazuje, że Polska ma swoją historię, że jest wrażliwa na pewne rzeczy, nad którymi nie można przejść do porządku dziennego. To ważne, bo rezolucje Parlamentu mają duży oddźwięk w krajach członkowskich, zwłaszcza takich, jak Niemczy czy Hiszpania. W Brukseli, i nie tylko tam, ludzie często nie pamiętają lub nie chcą o pewnych rzeczach pamiętać.
Unia stała się bardziej demokratyczna, ale równocześnie mniej skuteczna?
- Demokratyzacja Unii niewątpliwie skomplikowała podejmowanie decyzji. Na wiele z nich trzeba uzyskiwać akceptację wyborców i rozpisywać referenda. Dlatego też podejmuje się je dłużej i trudniej. W przypadku Traktatu Konstytucyjnego niski stopień zaufania do elit i polityków sprawia, że do jego ratyfikacji w wielu krajach konieczne jest referendum.
Czy Parlament, któremu Traktat przyznaje większe kompetencje, nie powinien wykazać się większą inicjatywą w kwestii jego przyjęcia przez państwa członkowskie?
- Część posłów wysuwa w tej sprawie różne inicjatywy. Ale Parlament nie jest instytucją samą dla siebie. Posłowie z Francji czy Holandii, nawet jeśli osobiście są zwolennikami konstytucji, nie chcą jej forsować wbrew woli wyborców.
Czy eurokonstytucja została już pogrzebana?
- Teraz wszyscy patrzą na to, co będzie z unijnym budżetem. Dopóki go nie będzie, nikt nie będzie myślał poważnie o konstytucji. W Unii wszystko ze sobą jest jakoś powiązane. Gdy otwieramy kilka frontów, trudniej jest dojść do porozumienia. Z tego, co pamiętam, poprzednie wieloletnie plany budżetowe też rodziły się w bólach. Unia ma to do siebie, że nie lubi podejmować decyzji na zapas.
Jakie są główne zadania dyrektora BIPE?
- Biuro skupia się na informowaniu polskiej opinii publicznej o tym, co dzieje się w Parlamencie Europejskim i jakie ma on uprawnienia. Zachęcamy do debaty na tematy europejskie. Wspieramy naszych posłów, zachowując przy tym neutralność i równowagę polityczną. Jednym z naszych obowiązków jest też informowanie Parlamentu o tym, co się dzieje w Polsce, dlatego przygotowujemy m. in. "Daily News" - przegląd polskiej prasy.
Jakie ma Pan plany i zamierzenia?
- Obecnie urzędujemy "kątem" w Przedstawicielstwie Komisji Europejskiej. Oczekujemy niecierpliwie na wspólną przeprowadzkę do nowej siedziby, bo tu jest nam bardzo ciasno. Poza tym trzeba sporej determinacji, by po informacje o Parlamencie Europejskim chciało się wjeżdżać aż na 29. piętro Centrum Finansowego przy Emilii Plater. W nowej siedzibie chcemy mieć swój punkt informacyjny, do którego będzie można wejść bezpośrednio z ulicy. Moim marzeniem jest to, by żadne merytoryczne pytanie nie pozostawało bez odpowiedzi. Wszystkie biura w starych krajach członkowskich zatrudniają więcej osób, niż my (dziś w naszym BIPE pracują tylko cztery osoby), posiadają też oddziały w dużych miastach. W Hiszpanii, z którą tak często się porównujemy, w podobnych biurach w Madrycie i Barcelonie pracuje łącznie trzynaście osób.
Na czym polegać będzie współpraca Biura z mediami?
- Będziemy nadal służyć mediom. Dziennikarze zajmujący się sprawami europejskimi, mogą do nas dzwonić z wszelkimi pytaniami. Staramy się im pomóc zarówno na miejscu jak i w wyjazdach na sesje do Strasburga. Oczekujemy na inicjatywy mediów, samorządów i organizacji pozarządowych. Chętnie włączymy się w nie merytorycznie i finansowo. Chciałbym utrzymywać bardzo bliski kontakt z prasą regionalną. Będziemy też organizować różnego rodzaju konferencje i konkursy dla szkół. Planuję wyjazdy w teren, gdzie ludzie mają mniejszy dostęp do źródeł informacji na temat Europy. Chcę przy tym unikać eurożargonu i mówić o sprawach europejskich normalnym językiem.
Rozmawiał: Roman Gutkowski 18.10.2005.
|
|
All content Copyright C 2005-2006 Permedia acting for the European Parliament Information Office in Poland. All Rights Reserved.
|
|
Serwis
stanowi własność Biura Informacyjnego Parlamentu Europejskiego w Polsce
|