 |
Głosując na "nie" w niedzielnym referendum Francuzi
chcieli ukarać najgorętszych orędowników traktatu - premiera Raffarina
i prezydenta Chiraca.
Tego pierwszego za brak pomysłu na walkę z bezrobociem, tego drugiego
- za chęć ponownego kandydowania na urząd prezydenta za dwa lata. Zwycięstwo
"nie" oznacza, że Raffarin będzie musiał odejść, a Chirac -
powoli przyzwyczajać się do myśli, że fotel w Pałacu Elizejskim zajmie
ktoś inny. Najprawdopodobniej będzie to Nicolas Sarkozy, obiecujący Francuzom
walkę z bezrobociem i nielegalną imigracją.
Zwycięstwo "nie" ma jednak szerszy, niż tylko wewnątrzfrancuski
wymiar. Francuzom nie podobał się zbyt liberalny charakter Konstytucji
dla Europy. Zapomnieli przy tym, że była ona pisana pod dyktando ich byłego
oraz obecnego prezydenta. To dlatego w preambule zabrakło odniesienia
do wartości chrześcijańskich, by nie narazić na szwank świętej dla Francuzów
zasady rozdziału Kościoła od państwa.
Francuzi obawiają się utraty socjalnych przywilejów. Symbolem tych obaw
był polski hydraulik, gotów za marną stawkę odebrać chleb swym francuskim
kolegom po fachu. Poszerzenie Unii na Wschód kojarzy się też obywatelom
V Republiki z delokalizacją, czyli przenoszeniem francuskich przedsiębiorstw
znad Sekwany nad Wisłę. Zapominają przy tym, że Francja od kilku lat jest
pierwszym inwestorem zagranicznym w naszym kraju.
Francuskie "nie" oznacza trzęsieni ziemi dla Unii. Traktat Konstytucyjny
miał bowiem zabezpieczyć przed paraliżem, jakiego obawiano się po jej
poszerzeniu z 15 do 25 członków. Po niedzielnym referendum we Francji
Unia może na wiele lat pogrążyć się w kryzysie.
Roman Gutkowski
29.05.2005
wstecz
|